Biała Pani

Dawnymi czasy w Krzęcinie pobożny lud gromadził się wokół przydrożnej kapliczki postawionej tu na cześć Najświętszej Panienki. Przychodził ze swoimi troskami, radościami, prośbami, by całe swe życie ofiarować w ręce Maryi. Słota, śnieg, mróz czy palące słońce nie przeszkadzały wielbić Boga, choć raz po raz jeden czy drugi westchnął, że przydałoby się mieć swoją świątynię.

Czasem przy kapliczce można było zobaczyć razem młode małżeństwo: Stacha i jego piękną żonę Marysię. Minęły już trzy roki, odkąd się pożenili, a w chacie dotąd nie słychać było dziecięcego szczebiotu. A tak za tym tęsknili. Prosili więc gorąco Maryję, by- sama będąc matką- pozwoliła im cieszyć się potomstwem.

Razu pewnego Staszek miał sen. Stanęła przed nim Matka Boska, która rzekła:

– Mój Stachu, wielbij Pana, bo twój pacierz w niebo wzięty. Ale wolą moją jest, byś poszedł do wiernego ludu krzęcińskiego i powiedział, niech zbudują kościół. Gdy na wieżach zabiją dzwony, będziesz kołysał synka.

Kiedy świt oblókł niebo, Staszek zerwał się z łóżka. Nie mówiąc nic żonie, zabrał się za gospodarskie zajęcia. Nie będzie przecie jak baba wierzył w sny! Sen mara, Bóg wiara! Jednak słowa Maryi towarzyszyły jego myślom calutki dzionek.

Gdy chłopi pokończyli roboty w polu – jak co dzień – zebrali się w karczmie. Poszedł tam i Staszek. Gwarno było i wesoło, tylko jemu w duszy dziwna melancholia grała. Bił się z myślami, czy opowiedzieć o śnie, czy jednak włożyć go między bajki i czym prędzej zapomnieć. Postanowił jednak to uczynić. Gospodarze nie chcieli wierzyć.

– Nie gadaj głupot. Pewnie za dużoś gorzałki wypił i śnią ci się teraz niestworzone rzeczy, ha,ha,ha- zaśmiewał się kulawy Roch.

– Zajmij ty się lepiej babą i robotą – dorzucił dowcipny Kaźmirz.

– U nas ci więcej bogobojnych, co by do nich Matka Boska przemówiła, a nie do ciebie- dodał Bolek o kędzierzawych włosach.

– A może coś w tym jest…- zastanawiał się sołtys – sen snem, ale o kościele można by pomyśleć.

Stach nie śmiał się odezwać. Dalszą rozmowę przerwało wejście Maćka, który zaczął opowiadać o tym, jak to młynarzowe konie poszły w szkodę u kowala i jak się oba chłopy wzięli o to za łby.

Wydawało się, że wszyscy zapomnieli o rozmowie w karczmie, jednak sołtysowi myśl o budowie kościoła nie dawała spokoju. Toż to chwała dla wsi mieć swój przybytek Boży, a i ludziska nie marzliby na mrozie, nie mokli na deszczu i nie musieliby jeździć do kościoła tak daleko. Jednak skąd wziąć materiał? Jak za niego zapłacić? Ale kiedy człowiek czegoś bardzo chce, niebiosa mu sprzyjają. Sołtys się zawziął i wraz z pomocą ludzi ze wsi materiał zgromadził. Złożyli go na Lamuzach.

Wtedy zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Co ranka krzęcinianie znajdowali deski i kamienie pod fundamenty w zupełnie innym miejscu- tam, gdzie dziś stoi kościół. Mimo że co dzień przenosili je z powrotem, znów wracały na poprzednie miejsce. Trwało to kilka dni. W końcu rozsierdzeni zuchwalstwem jakiegoś żartownisia, postanowili się przyczaić i solidnie go ukarać. Michał, znany ze siły i odwagi, podjął się tego zadania i został na noc na placu budowy.

Znużony długim czekaniem zdrzemnął się na chwilę. Zbudził go stukot końskich kopyt. Przetarł oczy i zobaczył przedziwny obrazek. Na białym rumaku siedziała młoda i piękna pani. Promieniowały z niej wdzięk, dobroć i królewski majestat. Otoczona była światłem tworzącym wokół niej aureolę. Długa suknia, utkana ze śnieżnobiałej materii, przepasana była błękitną szarfą. Zorientował się, że to sprawczyni całego zamieszania. Chciał do niej przemówić, ale zniknęła.

Rano z przejęciem opowiadał chłopom i sołtysowi, co widziały jego oczy. Gromada zgodnie uznała, że Maciek zasnął, wszystko to mu się przyśniło, a żartowniś po raz kolejny z nich zakpił, przenosząc deski i kamienie.

Postanowili, że następnej nocy pójdą pilnować we trzech. Ci rankiem opowiedzieli tę samą historię, co Maciek. Tym razem trudno było nie wierzyć.

Opowieści przysłuchiwał się również Staszek.

– Toż to Najświętsza Panienka! Taka samiusieńka jak w moim śnie – wykrzyknął.

Teraz już krzęcinianie wiedzieli, że wolą Bożą jest, by kościół stanął właśnie tu, gdzie wskazywała Pani.

W pewien jasny poranek, w dzień poświęcony Najświętszej Marii Panience, żona Stacha powiła ślicznego synka. Tej samej doby z wieży kościelnej po raz pierwszy popłynął w dal dźwięczny głos dzwonu ogłaszającego, że w Krzęcinie mają kościół.

Tak spełnił się sen proroczy Stacha.

Stach nie posiadał się ze szczęścia. W końcu został ojcem, a jego ukochana wieś zyskała piękną świątynię. Cieszył się rosnącym malcem, opowiadał mu bajki i śpiewał kołysanki. A że głos miał jak dzwon, chłopiec wcale nie chciał przy nich spać, a tylko wyciągał rączki do ukochanego tatula i śmiał się w głos, jak tylko dziecko potrafi się śmiać – srebrzyście i radośnie.

Marysia nieraz wyrzekała, że daliby już spokój i szli spać, ale sama chętnie słuchała mężowskiego głosu.

Wkrótce w domu pojawił się drugi synek i tak samo jak starszy brat wyciągał rączki do śpiewającego ojca, śmiejąc się w głos.

Mijały dni i miesiące, upalne lata i śnieżne zimy. Chłopcy rośli, a zanim nauczyli się mówić, wtórowali ojcu w jego piosenkach. Potem sami je wymyślali i wyśpiewywali.

– Oj, będziemy mieć muzykantów, jak się patrzy, w Krzęcinie. Niech no tylko podrosną – mówili do dumnego ojca w karczmie jej stali bywalcy. – Będą tu wesela, jakich świat nie widział.

– Oj, będą za nimi dziewuchy latały – mówiły do dumnej matki kumoszki. – Takiemu śpiewaniu żadna się nie oprze, każdą potrafią zaczarować głosem.

A Stach? Stach przysłuchiwał się chłopięcemu śpiewaniu, dbał o dobre wychowanie synów, starał się, by w domu niczego nie brakowało.

Czasem jednak w jego spokojnej duszy pojawiał się jakiś fałszywy akord, coś go mu brzmiało dręczącym dźwiękiem, coś budziło po nocy.

Cieszył się, że jego synowie słyną w okolicy jako niezrównani śpiewacy. W duszy czuł, że otrzymali dar. Prosto z nieba. Chłopcy rozweselali serca ludzkie, przydawali blasku kościelnym uroczystościom, dodawali sił pracującym ciężko na roli. Każdy z nich miał głos jak dzwon, ale gdy śpiewali razem, to jakby niebo się otwierało i chóry anielskie zstępowały na ziemię.

Pewnego dnia, ni stąd ni zowąd, we wsi rozdzwonił się dzwon. Dzwonił na trwogę! Ludzie oderwali się od codziennej roboty i pobiegli do kościoła.

– Wojna! – wyszeptał zrozpaczony proboszcz.

Ludzie z przerażeniem powtarzali to słowo, kobiety zawodziły, tuląc do piersi małe dzieci. Oczy Stachowych synów posmutniały. W milczeniu patrzyli na chaos, jaki powstał we wsi. Wiedzieli, że to koniec beztroskiego życia, wesołej kompanii, słów uznania, tak sycących ich artystyczne dusze.

Tymczasem wszyscy młodzi mężczyźni mieli obowiązek stanąć do walki.

Stach starał się zagłuszyć ciemne myśli wytężoną pracą, Marysia wypłakiwała oczy. A potem wojna się skończyła. Inni młodzi chłopcy wracali, witani przez stęsknione narzeczone, rozczulone matki i ocierających ukradkiem łzy ojców, a braci nie było. Stach z Marysią darmo wypatrywali oczy, darmo wypytywali innych, darmo modlili się godzinami przed ołtarzem Najświętszej Panienki. Po synach ślad zaginął.

Smutek zagościł w ich wesołym dotąd, rozśpiewanym i pełnym gwaru domu. Coraz rzadziej odwiedzali ich znajomi, bo łatwej razem dzielić radość niż smutek.

Mijał czas, co ponoć bliźni rany, ale przecież nie wszystkie. Tylko wspomnienia pięknych synowskich głosów wywoływały uśmiech na twarzach Stacha i Marysi, tylko muzyka sprawiała, że na duszach było lżej.

Stach niemal pogodził się z losem, kiedy zdarzyło się coś niezwykłego. W czasie nabożeństwa Maryjnego zasłuchał się w głos organów, a wtedy powróciło dziwne uczucie, którego doświadczał, gdy chłopcy dorastali. Tej samej nocy przyszła do niego we śnie Matka Boska i czule się do niego uśmiechając, rzekła:

– Pamiętasz, Stachu, jak przybyłam do Ciebie, byś wraz z ludźmi z Krzęcina zbudował kościół? Powiedziałam wtedy, że gdy zabrzmią z niego dzwony, będziesz kołysał syna. Jak tu jednak mają brzmieć dzwony, skoro kościół ma tylko jedną wieżę? Może czas dopełnić moją wolę?

Stach ocknął się i już wiedział. To będzie teraz celem jego życia. Musi zbudować drugą wieżę, by obie razem przypominały jego dwóch synów, by muzyka dźwięczących z nich dzwonów niosła ludziom taką pociechę, jaką niosło im ich śpiewanie.

I stał się cud. Gdy z obu wież zadźwięczała muzyka dzwonów, na wzniesieniu od strony Grabia pojawiło się dwóch wychudzonych, obdartych mężczyzn. To byli dwaj bracia. Wrócili po długiej tułaczce do domu. Wrócili niemal niezauważeni, bo zupełnie inni. Cisi, spokojni, melancholijni.

I tylko wtedy, gdy dzwony wydzwaniały swoją pieśń na cześć Maryi, w ich smutnych oczach migotały iskierki.

I tak po dziś dzień w Krzęcinie muzyka towarzyszy ludziom w ich codzienności i w świętowaniu. A niektórzy krzęcinianie mają tę iskierkę, która, rozpalona, przemienia się w ogień niebiańskiego głosu.

 opracowanie Renata Bysina i Agnieszka Mikulec

Kalendarz

Grudzień 2017
P W Ś C P S N
« Paź    
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

Licznik odwiedzin

  • Dzisiaj: 49
  • Wszystkich: 15771
  • Obecnie na stronie: 0

Prognoza pogody

Jakość powietrza